Hanna Lis: Byłam dla widzów ”panią czytającą newsy”. A prawda była inna

– Z ulgą odeszłam z TVP. Musiałabym się naparzać o obiektywizm – mówi nam Hanna Lis. Dziennikarka i prezenterka odpiera krytykę swojego udziału w show „Azja Express”. – Wbrew durnym portalom nikomu nie mówiliśmy, że jesteśmy biedakami z Polski.

z20618619IH,Hanna-Lis-i-Lukasz-Jemiol-w-Asia-Express-materialy

Ciężko przeżyłaś rozstanie z TVP?

– Raczej odczułam ulgę, bo kiedy Jacek Kurski, czyli człowiek od słynnego powiedzenia „ciemny lud to kupi” przejął stery, to wiedziałam, że za chwilę telewizja publiczna zamieni się w propagandówkę. W gruncie rzeczy wyświadczono mi uprzejmość, nie pozwalając znowu spalać się w nerwach…

… kiedy cię zwolnią?

– Nie w tym rzecz. Zawsze sama pisałam swoje zapowiedzi i nigdy nie pozwoliłabym sobie tego robić pod czyjekolwiek polityczne dyktando, a spodziewałam się, że nowi szefowie tego będą oczekiwać. Obawy okazały się słuszne, bo tuż po moim odejściu poszła w ruch cenzura. Koledzy mówili mi, co się dzieje, jak są im wycinane całe offy [komentarze dziennikarzy, będące częścią materiału – przyp. red.], jak startówki prowadzących są pisane od nowa, pod tezy „dobrej zmiany”. Musiałabym się w tym newsroomie solidnie ponaparzać o zachowanie obiektywizmu. A dzięki uprzejmości nowego szefa – nie było to konieczne.

Oczywiście, dla każdego sytuacja, kiedy traci się pracę i pojawia się jedna wielka niewiadoma, co będzie, nie jest szczególnie komfortowa. Na szczęście wszystko się tak poukładało, że dziś jestem w zupełnie innym punkcie swojego życia zawodowego, w zupełnie innej telewizji.

Ale przyznam ci się, że kiedy decydowałam się na udział w „Azji Express”, wykazałam się kompletnym brakiem wyobraźni.

Zdjęcie już dziś historyczne: rok 2008, Hanna Lis jeszcze pracuje w TVP, Jacek Kurski jest posłem PiS (fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)Zdjęcie już dziś historyczne: rok 2008, Hanna Lis jeszcze pracuje w TVP, Jacek Kurski jest posłem PiS (fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Dlaczego?

– Nie myślałam o tym projekcie w kategoriach telewizyjnego show. W kwietniu perspektywa  tego, że we wrześniu „Azję Express” obejrzy parę milionów ludzi, była dla mnie tak odległa, że wręcz abstrakcyjna. Dla mnie było to „ahoj przygodo!”

Azja  dała mi gigantyczny zastrzyk pozytywnej energii. Jedziesz do wioski pozbawionej  prądu i kanalizacji, w której ludzie funkcjonują w skrajnie ciężkich warunkach, a mimo to są uśmiechnięci, szczęśliwi, życzliwi. Ich codzienność jest naprawdę niewyobrażalnie trudna, a mimo to są zadowoleni z życia.

Dostawaliśmy od nich bardzo wiele, a właściwie wszystko, co pozwoliło nam w Azji przez miesiąc przeżyć: podwózki, jedzenie i kąt do spania. Ale przede wszystkim taką zwykłą ludzką życzliwość. Dla wielu spotkanie z nami było pierwszym i być może ostatnim spotkaniem z ludźmi z Europy.  A i nam nie zdarzy się już pewnie spędzić dnia w wiosce Hmongów. Byli nas tak samo ciekawi, jak my ich. Myślę, że te spotkania były dla obu stron wielką lekcją nieznanej dotąd kultury i tak po prostu frajdą.

Wiedzieli, kim jesteście?

– Oczywiście, że wiedzieli. Wbrew durnym tekstom na portalach nikomu nie mówiliśmy, że jesteśmy biedakami z Polski. W tamtej części Azji ogromną popularnością cieszy się amerykański odpowiednik „Azji Express” – „Amazing Race”. Zwłaszcza Wietnamczycy oszaleli na punkcie tego programu. Na hasło „Amazing Race” następowała więc zwykle eksplozja radości. Miejscowi doskonale wiedzieli, że bierzemy udział w programie survivalowym. I byli bardzo skorzy do pomocy.

Hanna Lis i Łukasz Jemioł w Hanna Lis i Łukasz Jemioł w „Azja Express” (materiały prasowe TVN)

Wracamy więc z tej Azji naładowani jej fantastyczną, dobrą energią i na dzień dobry zderzamy się tu, w Polsce, ze ścianą nieżyczliwości, a mówiąc wprost – hejtu. Ludzie, którzy nie obejrzeli ani jednego odcinka programu,  piep**ą farmazony o „bawieniu się biedą” czy żerowaniu na ludzkiej naiwności. Dysonans poznawczy. Pierwsze, co miałam ochotę zrobić, to spakować plecak i wrócić do Azji. Serio.

To czemu nie wróciłaś?

– Nie mogę codziennie pakować plecaka i wyjeżdżać do Azji. A na poważnie: nie czytam portali plotkarskich, więc hejt ma małe szanse do mnie dotrzeć. Tyle że tym razem afera wybuchła także na Twitterze, a mój telefon zwariował. Akurat byłam na Mykonos i kręciłam „Bez planu”. Nagle na głowę wylała mi się ciężarówka szamba.

Wszystko za sprawą jednego z brukowców, który zamieścił taki oto rzekomy cytat z wywiadu do Vivy: „Wydaje mi się, że ten wyjazd mnie zmienił, wczoraj kupiłam espadryle z koralikami za 60 złotych”. Wyjęli dwa zupełnie niezwiązane ze sobą zdania z kontekstu, skleili ze sobą i orzekli: debilka oderwana od rzeczywistości. Mam doskonały kontakt z rzeczywistością, więc jakoś to przeżyję (śmiech).

Swoją drogą – miałaś moment, w którym myślałaś, że już nie dasz rady?

– Wiele razy. To jest program survivalowy i o to w nim chodzi: żeby doprowadzić ludzi na skraj ich możliwości psychicznych i fizycznych. Program jest tak skonstruowany, żeby dać nam w kość. I daje nam w kość. Mój plecak ważył na początku 19 kilo, skończyłam na 15, bo kręgosłup zagroził strajkiem. I biega się z tym balastem cały boży dzień. W pierwszym odcinku para, która wygrała tak zwany immunitet, dostała nocleg w hotelu, ale potem, gdy weszliśmy w interior, już hoteli nie było. Immunitet polegał na tym, że zwycięskiej parze producenci załatwiali nocleg w jakiejś chałupie czy lepiance. To supernagroda, bo po całym dniu wyścigu ostatnie, o czy marzysz, to zastanawiać się, czy uda ci się znaleźć nocleg pod dachem, czy raczej stanie na rowie melioracyjnym.

Wbrew temu, co niektórzy mówią, nie było podwózek mercedesami i pięciogwiazdkowych hoteli. Były długie godziny jazdy na pace w 40stopniowym upale i jeden banan jako posiłek przez cały dzień podróży.

Nie mówię o tym, żeby pokazać, jakimi byliśmy bohaterami. Nie użalam się. To była superprzygoda i możliwość poznania tamtych miejsc i ludzi od zupełnie innej, prawdziwej strony. Podróż życia, krótko mówiąc.

Hanna Lis w programie Hanna Lis w programie „Azja Express” (materiały prasowe TVN)

Co było najgorsze?

– Nie wiem czy najgorsze, ale mało przyjemne: budzisz się w środku nocy, żeby pójść za potrzebą, a wychodek jest 20 metrów dalej i musisz przejść po ciemku przez chaszcze, żeby się do niego dostać. Umiarkowanie fajne dla kobiety. WC to lepianka bez dachu, z dziurą w podłodze i miską deszczówki. Jest totalnie ciemno, a po tobie coś łazi, prawdopodobnie karaluch. Nieszczególnie miłe uczucie. Ale tak niestety żyje tam wielu ludzi. Dla nas był to chwilowy dyskomfort, dla nich codzienność.

Wracając do trudnych momentów – możesz opowiedzieć o jednym?

– Wtedy wszystko zdawało się mnie przerastać, ale dziś trudnych momentów nawet nie pamiętam. Człowiek to takie stworzenie, które łatwo przystosowuje się do nowych warunków. Pierwszego dnia przybiegam na metę i słyszę: „Hania, ty krwawisz”. Patrzę, a ja mam rozwaloną nogę. Nawet tego nie poczułam i kompletnie się tym nie przejęłam, choć w książeczce szczepień miałam mocne braki.

Raz przestraszyłam się nie na żarty, kiedy moje serce spłatało mi figla. Puls 180 i świadomość tego, że w promieniu 300 km nie ma szpitala, działają na wyobraźnię.

Najtrudniejsze było rozstanie z dziećmi. Mam dwie nastoletnie córki, z którymi się nigdy nie rozstawałam na tak długo i bardzo się tego bałam.

Przepraszam, ale one już nie są dziećmi.

– Jedna ma 15, a druga 17 lat. Ale to są nastolatki, różne rzeczy mogą się wydarzyć. Są bardzo mądre i rozważne, totalnie im ufam, ale nie ufam otaczającemu je światu. To chyba siedzi w genach, bo moja mama jest równie nadopiekuńcza jak ja. Piętnaście razy do mnie dzwoni, żeby się upewnić, że dojechałam na miejsce.

I co powiedziała na to, że chcesz wziąć udział w programie?

– Byłam przekonana, że mama powie: „Absolutnie, wykluczone. Zabiją cię, zgwałcą, porwą”. A powiedziała tylko: „Jedź”. Ona bardzo dobrze zna ten region świata, bo jako 28-letnia dziewczyna pojechała w latach 70. wraz z ojcem do Indochin (mama Hanny Lis była korespondentką wojenną PAP – przyp. red.) i zna szczodrość tych ludzi. Wiedziała, że nawet z 30 centami w kieszeni damy radę. Gdyby to była Afryka czy Ameryka Południowa, to pewnie byłoby weto.

Hanna Lis. Rok 2013, jesienna ramówka TVP (fot. KAPIF.PL)Hanna Lis. Rok 2013, jesienna ramówka TVP (fot. KAPIF.PL)

Często słyszałaś się z córkami przez cały ten miesiąc zdjęć do „Azja Express”?

– Co kilka dni wszyscy uczestnicy mogli się kontaktować z bliskimi. Ja zastrzegłam w umowie, że moje córki muszą mieć kontakt z producentami programu. I gdyby coś się stało, mogłam spakować się i wrócić do Polski.

Program survivalowy i program o ludziach i miejscach zamiast wiadomości. Powinnam ogłosić twoją zawodową metamorfozę?

– Przez 25 lat byłam dla widzów „panią czytającą newsy”. A tak naprawdę moje zawodowe życie rozgrywało się w newsroomie, na kolegiach, na wynajdywaniu tematów, na wyszukiwaniu do nich wspólnie z reporterami najlepszych rozmówców, najfajniejszych setek do forszpanu (skrót najważniejszych informacji w danym serwisie, nadawany na początku programu – przyp. red.) czy na pisaniu startówek. Nigdy wbrew złośliwym opiniom nie byłam „czytaczką” z promptera. Na koniec dnia zwieńczeniem mojej pracy było jednak studio i najnudniejsze pół godziny mojego życia, czyli czytanie wiadomości. Powielane setki tysięcy razy.

W „Bez planu” wychodzę do ludzi i to jest fajne. Gadam z nimi, wysłuchuję fascynujących historii ich życia i uwierz mi: są to ciekawsze spotkania niż z większością naszych polityków. Bo „Bez planu” to nie jest program o garach, a o ludziach i miejscach właśnie. Realizuję program, o którym od dłuższego czasu marzyłam. Podróżuję, poznaję nowych ludzi, odkrywam nowe miejsca i smaki. Dzień zdjęciowy trwa po 16 godzin i więcej, ale mógłby trwać i 24, tak fantastyczna jest to robota. Złapałam Pana Boga za nogi. Wszystko się póki co ułożyło po mojej myśli.

Hanna Lis i Łukasz Jemioł (fot. materiały prasowe TVN)Hanna Lis i Łukasz Jemioł (fot. materiały prasowe TVN)

Masz program w TVN Style i jesteś uczestniczką show „Azja Express”. Podobno twardo negocjowałaś warunki.

– Najdłużej i najbardziej zawzięcie negocjowałam kontakt z bliskimi podczas podróży do Azji, bo formuła programu przewiduje kompletne odcięcie od rodziny, a na to, mając dwoje dzieci i chorą mamę, nie mogłam sobie pozwolić. I coś tam wynegocjowałam.

Na moim spotkaniu z Edwardem Miszczakiem była świetna reportażystka Małgosia Łupina z TVN Style. Powiedziała, żebym zastanowiła się, co mogłabym robić dla jej stacji. Nie musiałam się zastanawiać. „Od razu ci powiem” – stwierdziłam. Pomysł jej się spodobał, nie było więc potrzeby twardych negocjacji.

Nie czujesz się czasem samotna w show- biznesie?

– Ludzie mnie widzą albo w telewizji, albo na ściance, której zresztą serdecznie nie znoszę, ale moje prawdziwe życie jest zupełnie gdzie indziej. Nie czuję się samotna w show-biznesie, bo nie czuję się jego częścią. W realu jestem otoczona rodziną i fantastycznymi przyjaciółmi. Powiedzieć, że jestem samotna, byłoby niedorzecznością.

I nie jesteś zblazowaną celebrytką?

– Czego bym nie powiedziała, ludzie i tak wiedzą swoje.

Hanna Lis. Dziennikarka telewizyjna, zdobywczyni Wiktora za odkrycie roku. Prowadziła m.in. „Teleexpress”, „Wiadomości”, „Wydarzenia” i „Panoramę”. Jest córką dziennikarki Aleksandry Kedaj, korespondentki „Życia Warszawy” w Rzymie w czasach PRL, i Waldemara Kedaja, dziennikarza prasowego. Ma dwie córki: Julię i Annę. Obecnie jest związana z TVN.

Angelika Swoboda: Ciężko przeżyłaś rozstanie z TVP?

Hanna Lis: – Raczej odczułam ulgę, bo kiedy Jacek Kurski, czyli człowiek od słynnego powiedzenia „ciemny lud to kupi” przejął stery, to wiedziałam, że za chwilę telewizja publiczna zamieni się w propagandówkę. W gruncie rzeczy wyświadczono mi uprzejmość, nie pozwalając znowu spalać się w nerwach…

… kiedy cię zwolnią?

– Nie w tym rzecz. Zawsze sama pisałam swoje zapowiedzi i nigdy nie pozwoliłabym sobie tego robić pod czyjekolwiek polityczne dyktando, a spodziewałam się, że nowi szefowie tego będą oczekiwać. Obawy okazały się słuszne, bo tuż po moim odejściu poszła w ruch cenzura. Koledzy mówili mi, co się dzieje, jak są im wycinane całe offy [komentarze dziennikarzy, będące częścią materiału – przyp. red.], jak startówki prowadzących są pisane od nowa,pod tezy „dobrej zmiany”. Musiałabym się w tym newsroomie solidnie ponaparzać o zachowanie obiektywizmu. A dzięki uprzejmości nowego szefa – nie było to konieczne.

Oczywiście, dla każdego sytuacja, kiedy traci się pracę i pojawia się jedna wielka niewiadoma, co będzie, nie jest szczególnie komfortowa. Na szczęście wszystko się tak poukładało, że dziś jestem w zupełnie innym punkcie swojego życia zawodowego, w zupełnie innej telewizji.

Ale przyznam ci się, że kiedy decydowałam się na udział w „Azji Express”, wykazałam się kompletnym brakiem wyobraźni.

Dlaczego?

– Nie myślałam o tym projekcie w kategoriach telewizyjnego show. W kwietniu perspektywatego, że we wrześniu „Azję Express” obejrzy parę milionów ludzi, była dla mnie tak odległa, że wręcz abstrakcyjna. Dla mnie było to „ahoj przygodo!”

Azjadała mi gigantyczny zastrzyk pozytywnej energii. Jedziesz do wioski pozbawionejprądu i kanalizacji, w której ludzie funkcjonują w skrajnie ciężkich warunkach, a mimo to są uśmiechnięci, szczęśliwi, życzliwi. Ich codzienność jest naprawdę niewyobrażalnie trudna, a mimo to są zadowoleni z życia.

Dostawaliśmy od nich bardzo wiele, a właściwie wszystko, co pozwoliło nam w Azji przez miesiąc przeżyć: podwózki, jedzenie i kąt do spania. Ale przede wszystkim taką zwykłą ludzką życzliwość.Dla wielu spotkanie z nami było pierwszym i być może ostatnim spotkaniem z ludźmi z Europy.A i nam nie zdarzy się już pewnie spędzić dnia w wiosce Hmongów. Byli nas tak samo ciekawi, jak my ich. Myślę, że te spotkania były dla obu stron wielką lekcją nieznanej dotąd kultury i tak po prostu frajdą.

Wiedzieli, kim jesteście?

– Oczywiście, że wiedzieli. Wbrew durnym tekstom na portalach nikomu nie mówiliśmy, że jesteśmy biedakami z Polski. W tamtej części Azji ogromną popularnością cieszy się amerykański odpowiednik „Azji Express” – „Amazing Race”. Zwłaszcza Wietnamczycy oszaleli na punkcie tego programu. Na hasło „Amazing Race” następowała więc zwykle eksplozja radości. Miejscowi doskonale wiedzieli, że bierzemy udział w programie survivalowym. I byli bardzo skorzy do pomocy.

Wracamy więc z tej Azji naładowani jej fantastyczną, dobrą energią i na dzień dobry zderzamy się tu, w Polsce, ze ścianą nieżyczliwości, a mówiąc wprost – hejtu. Ludzie, którzy nie obejrzeli ani jednego odcinka programu,piep**ą farmazony o „bawieniu się biedą” czy żerowaniu na ludzkiej naiwności. Dysonans poznawczy. Pierwsze, co miałam ochotę zrobić, to spakować plecak i wrócić do Azji. Serio.

To czemu nie wróciłaś?

– Nie mogę codziennie pakować plecaka i wyjeżdżać do Azji. A na poważnie: nie czytam portali plotkarskich, więc hejt ma małe szanse do mnie dotrzeć. Tyleże tym razem afera wybuchła także na Twitterze, a mój telefon zwariował. Akurat byłam na Mykonos i kręciłam „Bez planu”. Nagle na głowę wylała mi się ciężarówka szamba.

Wszystko za sprawą jednego z brukowców, który zamieścił taki otorzekomy cytat z wywiadu do Vivy: „Wydaje mi się, że ten wyjazd mnie zmienił, wczoraj kupiłam espadryle z koralikami za 60 złotych”. Wyjęli dwa zupełnie niezwiązane ze sobą zdania z kontekstu, skleili ze sobą i orzekli: debilka oderwana od rzeczywistości. Mam doskonały kontakt z rzeczywistością, więc jakoś to przeżyję(śmiech).

Swoją drogą – miałaś moment, w którym myślałaś, że już nie dasz rady?

— Wiele razy. To jest program survivalowy i o to w nim chodzi: żeby doprowadzić ludzi na skraj ich możliwości psychicznych i fizycznych. Program jest tak skonstruowany, żeby dać nam w kość. I daje nam w kość. Mój plecak ważył na początku 19 kilo, skończyłam na 15, bokręgosłup zagroził strajkiem. I biega się z tym balastem cały boży dzień. W pierwszym odcinku para, która wygrała tak zwany immunitet, dostała nocleg w hotelu, ale potem, gdyweszliśmy w interior, już hoteli nie było. Immunitet polegał na tym, że zwycięskiej parze producenci załatwiali nocleg w jakiejś chałupie czy lepiance. To supernagroda, bo po całym dniu wyścigu ostatnie, o czy marzysz, to zastanawiać się, czy uda ci się znaleźć nocleg pod dachem, czy raczej stanie na rowie melioracyjnym.

Wbrew temu, co niektórzy mówią, nie było podwózek mercedesami i pięciogwiazdkowych hoteli. Były długie godziny jazdy na pace w 40stopniowym upale i jeden banan jako posiłek przez cały dzień podróży.

Nie mówię o tym, żeby pokazać,jakimi byliśmy bohaterami. Nie użalam się. To była superprzygoda i możliwość poznania tamtych miejsc i ludzi od zupełnie innej, prawdziwej strony. Podróż życia, krótko mówiąc.

Co było najgorsze?

– Nie wiem czy najgorsze, ale mało przyjemne: budzisz się w środku nocy, żeby pójść za potrzebą, a wychodek jest 20 metrów dalej i musisz przejść po ciemku przez chaszcze, żeby się do niego dostać. Umiarkowanie fajne dla kobiety. WC to lepianka bez dachu, z dziurą w podłodze i miską deszczówki. Jest totalnie ciemno, a po tobie coś łazi, prawdopodobnie karaluch. Nieszczególnie miłe uczucie. Ale tak niestety żyje tam wielu ludzi. Dla nas był to chwilowy dyskomfort, dla nich codzienność.

Wracając do trudnych momentów – możesz opowiedzieć o jednym?

– Wtedy wszystko zdawało się mnie przerastać, ale dziś trudnych momentów nawet nie pamiętam. Człowiek to takie stworzenie, które łatwo przystosowuje się do nowych warunków. Pierwszego dnia przybiegam na metę i słyszę: „Hania, ty krwawisz”. Patrzę, a ja mam rozwaloną nogę. Nawet tego nie poczułam i kompletnie się tym nie przejęłam, choć w książeczce szczepień miałam mocne braki.

Raz przestraszyłam się nie na żarty, kiedy moje serce spłatało mi figla. Puls 180 i świadomość tego, że w promieniu 300 km nie ma szpitala, działają na wyobraźnię.

Najtrudniejsze było rozstanie z dziećmi. Mam dwie nastoletnie córki, z którymi się nigdy nie rozstawałam na tak długo i bardzo się tego bałam.

Przepraszam, ale one już nie są dziećmi.

– Jedna ma 15, a druga 17 lat. Ale to są nastolatki, różne rzeczy mogą się wydarzyć. Są bardzo mądre i rozważne, totalnie im ufam, ale nie ufam otaczającemu je światu. To chyba siedzi w genach, bo moja mama jest równie nadopiekuńcza jak ja. Piętnaście razy do mnie dzwoni, żeby się upewnić, że dojechałam na miejsce.

I co powiedziała na to, że chcesz wziąć udział w programie?

– Byłam przekonana, że mama powie: „Absolutnie, wykluczone. Zabiją cię, zgwałcą, porwą”. A powiedziała tylko: „Jedź”. Ona bardzo dobrze zna ten region świata, bo jako 28-letnia dziewczyna pojechała w latach 70. wraz z ojcem do Indochin (mama Hanny Lis była korespondentką wojenną PAP – przyp. red.) i zna szczodrość tych ludzi. Wiedziała, że nawet z 30 centami w kieszeni damy radę. Gdyby to była Afryka czy Ameryka Południowa, to pewnie byłoby weto.

Często słyszałaś się z córkami przez cały ten miesiąc zdjęć do „Azja Express”?

– Co kilka dni wszyscy uczestnicy mogli się kontaktować z bliskimi. Ja zastrzegłam w umowie, że moje córki muszą mieć kontakt z producentami programu. I gdyby coś się stało, mogłam spakować się i wrócić do Polski.

Program survivalowy i program o ludziach i miejscach zamiast wiadomości. Powinnam ogłosić twoją zawodową metamorfozę?

– Przez 25 lat byłam dla widzów „panią czytającą newsy”. A tak naprawdę moje zawodowe życie rozgrywało się w newsroomie, na kolegiach, na wynajdywaniu tematów, na wyszukiwaniu do nich wspólnie z reporterami najlepszych rozmówców, najfajniejszych setek do forszpanu czy na pisaniu startówek. Nigdy wbrew złośliwym opiniom nie byłam „czytaczką” z promptera. Na koniec dnia zwieńczeniem mojej pracy było jednak studio i najnudniejsze pół godziny mojego życia, czyli czytanie wiadomości. Powielane setki tysięcy razy.

W „Bez planu” wychodzę do ludzi i to jest fajne. Gadam z nimi, wysłuchuję fascynujących historii ich życia i uwierz mi: są to ciekawsze spotkania niż z większością naszych polityków. Bo „Bez planu” to nie jest program o garach, a o ludziach i miejscach właśnie.Realizuję program, o którym od dłuższego czasu marzyłam. Podróżuję, poznaję nowych ludzi, odkrywam nowe miejsca i smaki. Dzień zdjęciowy trwa po 16 godzin i więcej, ale mógłby trwać i 24, tak fantastyczna jest to robota. Złapałam Pana Boga za nogi. Wszystko się póki co ułożyło po mojej myśli.

Masz program w TVN Style i jesteś uczestniczką show „Azja Express”. Podobno twardo negocjowałaś warunki.

– Najdłużej i najbardziej zawzięcie negocjowałam kontakt z bliskimi podczas podróży do Azji, bo formuła programu przewiduje kompletne odcięcie od rodziny, a na to, mając dwoje dzieci i chorą mamę, nie mogłam sobie pozwolić. I coś tam wynegocjowałam.

Na moim spotkaniu z Edwardem Miszczakiem była świetna reportażystka Małgosia Łupina z TVN Style. Powiedziała, żebym zastanowiła się, co mogłabym robić dla jej stacji. Nie musiałam się zastanawiać. „Od razu ci powiem” – stwierdziłam. Pomysł jej się spodobał, nie było więc potrzeby twardych negocjacji.

Nie czujesz się czasem samotna w show- biznesie?

– Ludzie mnie widzą albo w telewizji, albo na ściance, której zresztą serdecznie nie znoszę, ale moje prawdziwe życie jest zupełnie gdzie indziej. Nie czuję się samotna w show-biznesie, bo nie czuję się jego częścią. W realu jestem otoczona rodziną i fantastycznymi przyjaciółmi. Powiedzieć, że jestem samotna, byłoby niedorzecznością.

I nie jesteś zblazowaną celebrytką?

– Czego bym nie powiedziała, ludzie i tak wiedzą swoje.

Angelika Swoboda: Ciężko przeżyłaś rozstanie z TVP?

Hanna Lis: – Raczej odczułam ulgę, bo kiedy Jacek Kurski, czyli człowiek od słynnego powiedzenia „ciemny lud to kupi” przejął stery, to wiedziałam, że za chwilę telewizja publiczna zamieni się w propagandówkę. W gruncie rzeczy wyświadczono mi uprzejmość, nie pozwalając znowu spalać się w nerwach…

… kiedy cię zwolnią?

– Nie w tym rzecz. Zawsze sama pisałam swoje zapowiedzi i nigdy nie pozwoliłabym sobie tego robić pod czyjekolwiek polityczne dyktando, a spodziewałam się, że nowi szefowie tego będą oczekiwać. Obawy okazały się słuszne, bo tuż po moim odejściu poszła w ruch cenzura. Koledzy mówili mi, co się dzieje, jak są im wycinane całe offy [komentarze dziennikarzy, będące częścią materiału – przyp. red.], jak startówki prowadzących są pisane od nowa,  pod tezy „dobrej zmiany”. Musiałabym się w tym newsroomie solidnie ponaparzać o zachowanie obiektywizmu. A dzięki uprzejmości nowego szefa – nie było to konieczne.

Oczywiście, dla każdego sytuacja, kiedy traci się pracę i pojawia się jedna wielka niewiadoma, co będzie, nie jest szczególnie komfortowa. Na szczęście wszystko się tak poukładało, że dziś jestem w zupełnie innym punkcie swojego życia zawodowego, w zupełnie innej telewizji.

Ale przyznam ci się, że kiedy decydowałam się na udział w „Azji Express”, wykazałam się kompletnym brakiem wyobraźni.

Dlaczego?

– Nie myślałam o tym projekcie w kategoriach telewizyjnego show. W kwietniu perspektywa  tego, że we wrześniu „Azję Express” obejrzy parę milionów ludzi, była dla mnie tak odległa, że wręcz abstrakcyjna. Dla mnie było to „ahoj przygodo!”

Azja  dała mi gigantyczny zastrzyk pozytywnej energii. Jedziesz do wioski pozbawionej  prądu i kanalizacji, w której ludzie funkcjonują w skrajnie ciężkich warunkach, a mimo to są uśmiechnięci, szczęśliwi, życzliwi. Ich codzienność jest naprawdę niewyobrażalnie trudna, a mimo to są zadowoleni z życia.

Dostawaliśmy od nich bardzo wiele, a właściwie wszystko, co pozwoliło nam w Azji przez miesiąc przeżyć: podwózki, jedzenie i kąt do spania. Ale przede wszystkim taką zwykłą ludzką życzliwość.  Dla wielu spotkanie z nami było pierwszym i być może ostatnim spotkaniem z ludźmi z Europy.  A i nam nie zdarzy się już pewnie spędzić dnia w wiosce Hmongów. Byli nas tak samo ciekawi, jak my ich. Myślę, że te spotkania były dla obu stron wielką lekcją nieznanej dotąd kultury i tak po prostu frajdą.

Wiedzieli, kim jesteście?

– Oczywiście, że wiedzieli. Wbrew durnym tekstom na portalach nikomu nie mówiliśmy, że jesteśmy biedakami z Polski. W tamtej części Azji ogromną popularnością cieszy się amerykański odpowiednik „Azji Express” – „Amazing Race”. Zwłaszcza Wietnamczycy oszaleli na punkcie tego programu. Na hasło „Amazing Race” następowała więc zwykle eksplozja radości. Miejscowi doskonale wiedzieli, że bierzemy udział w programie survivalowym. I byli bardzo skorzy do pomocy.

Wracamy więc z tej Azji naładowani jej fantastyczną, dobrą energią i na dzień dobry zderzamy się tu, w Polsce, ze ścianą nieżyczliwości, a mówiąc wprost – hejtu. Ludzie, którzy nie obejrzeli ani jednego odcinka programu,  piep**ą farmazony o „bawieniu się biedą” czy żerowaniu na ludzkiej naiwności. Dysonans poznawczy. Pierwsze, co miałam ochotę zrobić, to spakować plecak i wrócić do Azji. Serio.

To czemu nie wróciłaś?

– Nie mogę codziennie pakować plecaka i wyjeżdżać do Azji. A na poważnie: nie czytam portali plotkarskich, więc hejt ma małe szanse do mnie dotrzeć. Tyle że tym razem afera wybuchła także na Twitterze, a mój telefon zwariował. Akurat byłam na Mykonos i kręciłam „Bez planu”. Nagle na głowę wylała mi się ciężarówka szamba.

Wszystko za sprawą jednego z brukowców, który zamieścił taki oto rzekomy cytat z wywiadu do Vivy: „Wydaje mi się, że ten wyjazd mnie zmienił, wczoraj kupiłam espadryle z koralikami za 60 złotych”. Wyjęli dwa zupełnie niezwiązane ze sobą zdania z kontekstu, skleili ze sobą i orzekli: debilka oderwana od rzeczywistości. Mam doskonały kontakt z rzeczywistością, więc jakoś to przeżyję(śmiech).

Swoją drogą – miałaś moment, w którym myślałaś, że już nie dasz rady?

–   – Wiele razy. To jest program survivalowy i o to w nim chodzi: żeby doprowadzić ludzi na skraj ich możliwości psychicznych i fizycznych. Program jest tak skonstruowany, żeby dać nam w kość. I daje nam w kość. Mój plecak ważył na początku 19 kilo, skończyłam na 15, bo  kręgosłup zagroził strajkiem. I biega się z tym balastem cały boży dzień. W pierwszym odcinku para, która wygrała tak zwany immunitet, dostała nocleg w hotelu, ale potem, gdy  weszliśmy w interior, już hoteli nie było. Immunitet polegał na tym, że zwycięskiej parze producenci załatwiali nocleg w jakiejś chałupie czy lepiance. To supernagroda, bo po całym dniu wyścigu ostatnie, o czy marzysz, to zastanawiać się, czy uda ci się znaleźć nocleg pod dachem, czy raczej stanie na rowie melioracyjnym.

Wbrew temu, co niektórzy mówią, nie było podwózek mercedesami i pięciogwiazdkowych hoteli. Były długie godziny jazdy na pace w 40stopniowym upale i jeden banan jako posiłek przez cały dzień podróży.

Nie mówię o tym, żeby pokazać, jakimi byliśmy bohaterami. Nie użalam się. To była superprzygoda i możliwość poznania tamtych miejsc i ludzi od zupełnie innej, prawdziwej strony. Podróż życia, krótko mówiąc.

Co było najgorsze?

– Nie wiem czy najgorsze, ale mało przyjemne: budzisz się w środku nocy, żeby pójść za potrzebą, a wychodek jest 20 metrów dalej i musisz przejść po ciemku przez chaszcze, żeby się do niego dostać. Umiarkowanie fajne dla kobiety. WC to lepianka bez dachu, z dziurą w podłodze i miską deszczówki. Jest totalnie ciemno, a po tobie coś łazi, prawdopodobnie karaluch. Nieszczególnie miłe uczucie. Ale tak niestety żyje tam wielu ludzi. Dla nas był to chwilowy dyskomfort, dla nich codzienność.

Wracając do trudnych momentów – możesz opowiedzieć o jednym?

– Wtedy wszystko zdawało się mnie przerastać, ale dziś trudnych momentów nawet nie pamiętam. Człowiek to takie stworzenie, które łatwo przystosowuje się do nowych warunków. Pierwszego dnia przybiegam na metę i słyszę: „Hania, ty krwawisz”. Patrzę, a ja mam rozwaloną nogę. Nawet tego nie poczułam i kompletnie się tym nie przejęłam, choć w książeczce szczepień miałam mocne braki.

Raz przestraszyłam się nie na żarty, kiedy moje serce spłatało mi figla. Puls 180 i świadomość tego, że w promieniu 300 km nie ma szpitala, działają na wyobraźnię.

Najtrudniejsze było rozstanie z dziećmi. Mam dwie nastoletnie córki, z którymi się nigdy nie rozstawałam na tak długo i bardzo się tego bałam.

Przepraszam, ale one już nie są dziećmi.

– Jedna ma 15, a druga 17 lat. Ale to są nastolatki, różne rzeczy mogą się wydarzyć. Są bardzo mądre i rozważne, totalnie im ufam, ale nie ufam otaczającemu je światu. To chyba siedzi w genach, bo moja mama jest równie nadopiekuńcza jak ja. Piętnaście razy do mnie dzwoni, żeby się upewnić, że dojechałam na miejsce.

I co powiedziała na to, że chcesz wziąć udział w programie?

– Byłam przekonana, że mama powie: „Absolutnie, wykluczone. Zabiją cię, zgwałcą, porwą”. A powiedziała tylko: „Jedź”. Ona bardzo dobrze zna ten region świata, bo jako 28-letnia dziewczyna pojechała w latach 70. wraz z ojcem do Indochin (mama Hanny Lis była korespondentką wojenną PAP – przyp. red.) i zna szczodrość tych ludzi. Wiedziała, że nawet z 30 centami w kieszeni damy radę. Gdyby to była Afryka czy Ameryka Południowa, to pewnie byłoby weto.

Często słyszałaś się z córkami przez cały ten miesiąc zdjęć do „Azja Express”?

– Co kilka dni wszyscy uczestnicy mogli się kontaktować z bliskimi. Ja zastrzegłam w umowie, że moje córki muszą mieć kontakt z producentami programu. I gdyby coś się stało, mogłam spakować się i wrócić do Polski.

Program survivalowy i program o ludziach i miejscach zamiast wiadomości. Powinnam ogłosić twoją zawodową metamorfozę?

– Przez 25 lat byłam dla widzów „panią czytającą newsy”. A tak naprawdę moje zawodowe życie rozgrywało się w newsroomie, na kolegiach, na wynajdywaniu tematów, na wyszukiwaniu do nich wspólnie z reporterami najlepszych rozmówców, najfajniejszych setek do forszpanu czy na pisaniu startówek. Nigdy wbrew złośliwym opiniom nie byłam „czytaczką” z promptera. Na koniec dnia zwieńczeniem mojej pracy było jednak studio i najnudniejsze pół godziny mojego życia, czyli czytanie wiadomości. Powielane setki tysięcy razy.

W „Bez planu” wychodzę do ludzi i to jest fajne. Gadam z nimi, wysłuchuję fascynujących historii ich życia i uwierz mi: są to ciekawsze spotkania niż z większością naszych polityków. Bo „Bez planu” to nie jest program o garach, a o ludziach i miejscach właśnie.  Realizuję program, o którym od dłuższego czasu marzyłam. Podróżuję, poznaję nowych ludzi, odkrywam nowe miejsca i smaki. Dzień zdjęciowy trwa po 16 godzin i więcej, ale mógłby trwać i 24, tak fantastyczna jest to robota. Złapałam Pana Boga za nogi. Wszystko się póki co ułożyło po mojej myśli.

Masz program w TVN Style i jesteś uczestniczką show „Azja Express”. Podobno twardo negocjowałaś warunki.

– Najdłużej i najbardziej zawzięcie negocjowałam kontakt z bliskimi podczas podróży do Azji, bo formuła programu przewiduje kompletne odcięcie od rodziny, a na to, mając dwoje dzieci i chorą mamę, nie mogłam sobie pozwolić. I coś tam wynegocjowałam.

Na moim spotkaniu z Edwardem Miszczakiem była świetna reportażystka Małgosia Łupina z TVN Style. Powiedziała, żebym zastanowiła się, co mogłabym robić dla jej stacji. Nie musiałam się zastanawiać. „Od razu ci powiem” – stwierdziłam. Pomysł jej się spodobał, nie było więc potrzeby twardych negocjacji.

Nie czujesz się czasem samotna w show- biznesie?

– Ludzie mnie widzą albo w telewizji, albo na ściance, której zresztą serdecznie nie znoszę, ale moje prawdziwe życie jest zupełnie gdzie indziej. Nie czuję się samotna w show-biznesie, bo nie czuję się jego częścią. W realu jestem otoczona rodziną i fantastycznymi przyjaciółmi. Powiedzieć, że jestem samotna, byłoby niedorzecznością.

I nie jesteś zblazowaną celebrytką?

– Czego bym nie powiedziała, ludzie i tak wiedzą swoje.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

 

źródło: www.gazeta.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *