Breakfast with sir Anthony

Według mnie Anthony Hopkins, to jeden z najlepszych aktorów. Jego filmy to majstersztyki, kunszt aktorski najwyższego poziomu. Przeczytajcie co ma Wam do powiedzenia…

Anthony Hopkins

Kiedy Anthony Hopkins wrócił z Anglii, gdzie zakończył zdjęcia do filmu „Wilkołak” z Beniciem del Toro w roli tytułowej, zadzwonił do mnie, żeby porozmawiać o kolejnym projekcie, którym był zainteresowany. Nie spodziewałem się tego telefonu, choć jesteśmy z Hopkinsem w stałym kontakcie. Umówiliśmy się na śniadanie w Peninsula Hotel w Beverly Hills. Czekałem przy stoliku, a gdy wszedł, szczęka mi opadła. – Nie
poznaję cię! – powiedziałem. – Gdzie druga połowa Anthony’ego? Czy to znaczy, że na moje pytania będziesz odpowiadać tylko połowicznie? – Tak – zaśmiał się Hopkins. – Chyba nie mam innego wyjścia Byłem w szoku, tak szczupło wyglądał. Hopkins nigdy nie był gruby, ale zawsze był „ubity”. Aktor, który usiadł przede mną w Peninsula, wyglądał jak cień tego, którego oglądaliśmy na ekranie przez ostatnie trzy lata. – Zrzuciłem

43 kilogramy – powiedział. – Najwyższy czas. Zacząłem tracić entuzjazm do różnych rzeczy. Po prostu nie czułem się dobrze. Brak energii. Złe odżywianie. Życie uciekało mi przed nosem. Stella, moja żona, znalazła dla mnie właściwą dietę i nadwaga zniknęła. Teraz ważę 73 kilogramy. Wystarczyło zrezygnować z cukru, ryżu, chleba i makaronu. Czuję się świetnie, znowu angażuję się w różne projekty: komponuję muzykę, maluję, koncertuję, wystawiam swoje obrazy, wykładam na UCLA [University of California, Los Angeles], pracuję z bezdomnymi i gram w filmach. Staram się żyć jak najlepiej, nie narzekam. Czuję się doceniony i doceniam obecność Stelli w moim życiu. Czuję się dobrze we własnej skórze. Zasłużyłem na ten stan, próbowałem go osiągnąć przez wiele lat. Stella jest jego trzecią żoną. Spotkali się w roku 2000, w tym samym roku zrezygnował z angielskiego obywatelstwa, aby stać się w pełni Amerykaninem. Wzięli ślub w 2003 roku; po dwóch nieudanych związkach małżeńskich ten trzeci dał mu namiastkę szczęścia. Przez długi okres w życiu Hopkinsa szczęście nie było częścią równania. Dorastał w Wales. Był synem piekarza. Okoliczne dzieciaki poniżały go, doprowadzając do tego, że Hopkins czuł się gorszy od nich. Źle wspomina szkolne czasy. – W szkole byłem małym idiotą. Nie wiedziałem, czego się ode mnie oczekuje. Nie byłem popularny. Właściwie w ogóle nie miałem przyjaciół. Nie chodziłem nawet na własne imprezy urodzinowe. Kiedy miałem 11 lat, rodzice posłali mnie do szkoły z internatem. Na miejscu nie odezwałem się do nikogo przez cztery tygodnie. Nie mogłem znieść, jak inne dzieciaki zerkały na mnie spode łba. Nauczyciele mnie bili. Dyrektor wezwał mnie kiedyś do siebie na dywanik, ale nie odezwałem się ani słowem. Jedyną rzeczą, jaką się zajmował, było naśladowanie zachowań swoich nauczycieli: przedrzeźniał ich chód, głosy, sposób operowania ciałem i maniery.

Anthony Hopkins 4

Wtedy nie był jeszcze tego świadomy, ale spoglądając wstecz, nie ma wątpliwości, gdzie sięgają początki jego aktorstwa. Po ukończeniu edukacji w szkole publicznej w 1955 roku Hopkins pracował w hucie przez dwa żałosne miesiące.– Przychodzili instalatorzy i mówili na przykład: „Poproszę dwa tuziny śrub i dwie sztuki metalowych rurek” – opowiada. – A ja zawsze coś pokręciłem: albo czegoś nie przyniosłem, albo przyniosłem czegoś za dużo lub za mało. Kiedyś jeden klient powiedział do mnie: „To nie jest twój żywioł, co?”. Miał rację, dotyczyło to całego mojego dotychczasowego życia. Nigdy nic mi nie wychodziło. Pracował również dla swojego ojca w piekarni, a później przez kolejne 18 miesięcy jako urzędnik w wojsku.– Nie umiałem pisać na maszynie, w ogóle nie potrafiłem nic, co mogłoby mi się przydać przy takiej pracy. Wszystkie urządzenia, które miały pomagać, zdawały się tylko przeszkodą i utrudnieniem.

LOGO MATIKA 2

Wtedy zrozumiał, że po prostu nie jest stworzony do żadnej pracy od dzwonka do dzwonka.– Nie miałem ochoty harować całe życie, dlatego zostałem aktorem. Chciałem wykonywać zawód, który uwolniłby mnie od rutyny życia codziennego. Chciałem zostawić po sobie ślad, stać się sławnym. Oglądałem Montgomery’ego Clifta i Marlona Brando w ich wczesnych filmach i to było decydujące, pragnąłem być jednym z nich. Kolejną inspiracją był Richard Burton, który pochodził z tego samego miasta co ja i, co najważniejsze, udało mu się z niego wyrwać – ja też tego chciałem. Richard Burton odegrał ważną rolę w moim życiu. ” –Hopkins przez dwa lata studiował w Welsh College of Music and Drama w Cardiff, przed tym jak został zrekrutowany do wojska, z którego wyszedł w 1960 roku. Kolejną jego pracą była asystentura kierownika sceny w Manchester Library Theatre, następnie dołączył do Nottingham Repertory Company. W 1961 roku dostał stypendium na London’s Royal Academy of Dramatic Art. I już w 1965 roku został zaproszony na casting przez bardzo szanowanego aktora i reżysera Teatru Narodowego, sir Laurence’a Oliviera. Anthony myślał, że rola, którą dostał, przyniesie mu sławę i uznanie w środowisku, lecz tak się nie stało. Jedyne, co przyniósł ten etap w jego życiu, to problemy z piciem. W konsekwencji coraz łatwiej wpadał w złość, ciągle chodził rozdrażniony. W którymś momencie zrezygnował z pracy w Teatrze Narodowym. Stało się to po kłótni z dyrektorem, po której popadł w głęboką depresję. Do tego czasu zdążył się już ożenić i mieć dziecko, ale porzucił żonę po czterech latach małżeństwa. Wziął ślub ponownie w 1973 roku. Pierwszy film Hopkinsa nosił tytuł „Lew w zimie” (1967).I to była rada, która przyświeca mu po dziś dzień. Aktorstwo nie stanowiło dla niego większego problemu, alkohol na pewno tak. W roku 1969 zasnął za kierownicą w Arizonie. Gdy się obudził, zrozumiał, że mógł się zabić. To było jak strzał ostrzegawczy, który uświadomił mu, że musi sobie pomóc. Zapisał się na terapię dla alkoholików. Ale gniew, jaki tkwił w jego duszy, nie został przezwyciężony. Hopkins potrafił go jednak bardzo dobrze wykorzystywać w pracy. W połączeniu z łatwością, z jaką powracał do wspomnień z dzieciństwa, miał ogromną pożywkę potrzebną do wykonywania zawodu aktora. Grał u boku Katherine Hepburn i Petera O’Toole’a. Bardzo denerwował się w scenach z Hepburn, która starała się go uspokoić: „Nic nie rób, nie musisz. Po prostu się odpręż. Nie graj. Masz dobry głos, dobrą twarz, będziesz wyglądał świetnie w kamerze. Naprawdę nie staraj się tak. Pracowałeś w teatrze długi czas, ale tu nie musisz grać. Granie zostaw mnie, a ty spróbuj się zrelaksować mówiła.  – Kiedy pracowałem nad rolą Hitlera („The Bunker”), naśladowałem zachowania mojego dziadka ze strony ojca, który był po trosze tyranem. Bałem się go, gdy byłem małym chłopcem, bo wyglądał groźnie. Dużo przeżył, miał ciężkie życie, był trochę pogubiony, sfrustrowany, ale jednocześnie silny i sentymentalny. Tak postrzegałem Hitlera, taki właśnie był według mnie. Z tą różnicą, że dziadek nigdy nikogo nie zabił. Mimo że Hopkins starał się radzić sobie z chorobą alkoholową, dość często doganiały go niepewność i zwątpienie.– Myślę, że wielu aktorów czuje niepewność, ja noszę ją w sobie zawsze. Często myślę, że straciłem smykałkę, że tak naprawdę nie wiem, co robię… Niebezpiecznie jest pozwolić zdominować się temu odczuciu, to może zniszczyć człowieka. Muszę na to bardzo uważać, szczególnie kiedy wpadam we wściekłość. To znak, że poczucie niepewności bierze górę. To właśnie strach. Strach może być motywujący, ale może też paraliżować. Hopkins zdążył już nauczyć się panować nad złością i strachem.– Niedawno pracowałem na planie filmowym, gdzie panował potworny chaos, i po pewnym czasie miałem tej pracy serdecznie dość. Po paru miesiącach zorientowałem się, jak duże problemy stanęły na drodze producentów tego filmu. Okazał się on jednak dużym sukcesem. Teraz, jak zaczyna mnie ogarniać złość, staram się postawić w sytuacji drugiego człowieka i zrozumieć, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Jest dużo agresji w tym biznesie, ludzie są zastraszeni. Musimy mieć dla nich trochę więcej wyrozumiałości. Wszyscy mamy swoje problemy. Boże, jakim nadzwyczajnie pasjonującym mechanizmem jest ludzki mózg, jak mało docenianym. Wrzucamy w niego przeróżne narkotyki i alkohol i większość życia spędzamy, martwiąc się, co będzie jutro, co się stanie, gdy się rano obudzę. Może nic się nie stanie. Nie potrzebuję, żeby cokolwiek nadzwyczajnego się działo. Czemu poświęcamy czas? Większość ruchów, jakie wykonujemy, jest bez znaczenia, to nonsens. Bo robimy je bezwiednie. Ale przecież pewne rzeczy musimy zrobić: wstać z łóżka rano, umyć zęby, załatwić się, wszystko to, co pozwala nam przeżyć kolejny dzień i utrzymać pracę. Przestałem się tym przejmować. To integralna część życia, to natura, nic nie da się zrobić. Jego zwątpienia odeszły na drugi plan w 1992 roku, kiedy to otrzymał złotą statuetkę za rolę Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Amerykański magazyn „Entertainment Weekly” ostatnio ocenił Hannibala Lectera jako najbardziej przerażający czarny charakter w historii filmu. – Otrzymanie tego Oscara było dla mnie wspaniałym momentem – mówił. – Był on dla mnie początkiem drogi do wyzbycia się wszystkich wątpliwości, jakie miałem na swój temat. Zmienił moje życie. Nie chodzi o codzienne niepokoje, tylko o wielką wątpliwość tkwiącą we mnie, którą chciałem wykorzenić. Myślę, że bycie docenionym jest dobrą rzeczą w życiu człowieka. To na pewno lepsze niż kopniak w dupę. Gdy zapytałem Anthony’ego, jak udało mu się stworzyć taką mroczną postać jak Lecter, odpowiedział, że wyobrażał sobie tego człowieka jako niezwykłe połączenie natur kota i jaszczurki. – Ktoś, kto nigdy nie mruga. Zaciekawiło mnie to – tłumaczył dalej.– Ktoś, kto potrafi trwać w bezruchu jak modliszka czy pająk. Kiedy obserwuje się pająka, takiego jak tarantula, widać, że potrafi on się nie ruszać przez dłuższy czas, aż nagle słychać tss… tss… tss. To jest najbardziej przerażający moment, jej ruchy są bardzo złowieszcze. Tak samo jest z Lecterem, czeka, obserwuje, w końcu wykonuje jeden bardzo skuteczny ruch. Hopkins był na ekranie filmu „Milczenie owiec” jedynie przez 27 minut, w trzech kluczowych scenach, miał tyle samo czasu na wykreowanie filmowej postaci, co w swoim ostatnim filmie, „Wilkołak”. W dniu, w którym spotkaliśmy się na śniadaniu, „Wilkołak” jeszcze nie wszedł na ekrany, ale Hopkins wierzył w sukces tego filmu. – Jest naprawdę fantastyczny – mówił. – Efekt końcowy jest lepszy, niż mogłem to sobie wyobrazić. Reżyser Joe Johnston spisał się świetnie, stworzył coś w rodzaju powieści rysunkowej. Film nakręcony jest w bardzo specyficzny sposób, ludzie w takim ujęciu wyglądają przedziwnie… Trochę przypomina to postacie z bajek, na to wszystko pozwala obiektyw kamery. Ten film naprawdę fascynuje obrazami. Niestety, krytycy nie podzielili zdania Hopkinsa i recenzje nie były tak entuzjastyczne. Moment, który szczególnie pamiętam z naszej rozmowy, to ten, kiedy zaczął opowiadać mi, jak „zrekonstruował” postać „ojca wariata”. Tłumaczył:– Facet jest kompletnie szalony, ale w jak najbardziej cichy sposób. Po czym w jednym zdaniu zdradził całe zakończenie filmu. – Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiłeś? –zapytałem. – Chyba się wygadałem, co? – powiedział przejęty. – Nie pisz tego w wywiadzie, niech to będzie niespodzianka. W historii kina pojawiło się sporo filmów o wilkołakach, zastanawiałem się, jak mogła wpłynąć na Anthony’ego postać stworzona przez Lona Chaneya w wersji oryginalnej, którą zapewne oglądał w dzieciństwie. Zaskoczył mnie, mówiąc:– Nie obejrzałem tego filmu, kiedy byłem mały, obejrzałem go całkiem niedawno. Pierwszy film, jaki Anthony obejrzał, to „Pinokio”. Było to dla niego strasznym przeżyciem. – Okropnie się bałem, że ekran filmowy mnie całego poparzy. Żeby nie chować cały czas głowy za fotelem, wykrzykiwał „Churchill”, kiedy sytuacja zdawała mu się nadzwyczaj niebezpieczna i wymagała natychmiastowej ochrony jego własnej osoby. Premier nigdy nie zawodził.

Anthony Hopkins 2
Ale „Pinokio” to tylko bajka dla dzieci (rzecz jasna) w porównaniu z filmem „Moss Rose” z 1947 roku, który był źródłem wielu męczących koszmarów Anthony’ego. – To był bardzo dziwny film, z Victorem Mature i Peggy Cummins, o morderstwach dziewczyn, które zakochały się w synu pewnej kobiety. Była tam scena, w której Peggy Cummins schodzi po schodach, szukając swojej szwagierki (Ethel Barrymore),

po czym wchodzi do jakiegoś dużego pomieszczenia i widzi ciało martwej kobiety prażące się na rozgrzanym ruszcie. Nagle jej oczy otwierają się… To miało prawo mnie wystraszyć. Hopkins stworzył parę krwistych postaci w filmach „Remains of the Day” („Okruchy dnia”), „Dowód” z Gwyneth Paltrow, „The World’s Fastest Indian” („Prawdziwa historia”) i „Fracture” („Słaby punkt”), ale występował również w filmach, które nie odniosły dużego sukcesu, takich jak: „Aleksander” Oliviera Stone’a, „The Human Stain” („Piętno”), „All the King’s Men” („Wszyscy ludzie króla”), „Bobby” Emilia Esteveza, „Beowulf” i w swoim własnym projekcie – „Slipstream”.– Uważnie oglądam filmy, w których gram, szczególnie zwracam uwagę na drażniące mnie momenty „aktorstwa na pokaz”, coś w stylu kopnięcia krzesła czy jeszcze coś innego. Zrobiłem to w „Human Stain”. Choć zawsze staram się cofnąć do momentu, w którym jeszcze się nie gra. Chcę po prostu tego uniknąć. Ale czasem ktoś mówi mi: „Daj mi więcej”. Dobrze, jeżeli instynkt ci na to pozwoli, to w porządku, ale czasem pójdzie się o centymetr za daleko i wtedy powstaje coś koszmarnego, duszącego, przesada. Staram się opanować tę sztukę od lat i nadal nie tracę nadziei, że kiedyś się tego nauczę. Kwestia wytrwałości. Na planie filmu „Slipstream”, którego był autorem, ale i odtwórcą głównej roli, reżyserem, producentem i kompozytorem muzyki, nauczył się, że jedna postać nie może nosić tylu różnych kapeluszy. – Zrozumiałem, że reżyserzy są obdarzeni darem patrzenia na film, nad którym pracują, w sposób, w jaki ja nigdy nie nauczę się patrzeć. Przede wszystkim nie mam tej cierpliwości co oni, chcę szybko posuwać rzeczy naprzód, przez co nie panuję nad szczegółami. Zrozumiałem też, że nie potrafię reżyserować sam siebie. Spróbowałem, nie wyszło, odrzucam. Ten film to mój duży sukces osobisty, jestem dumny z wszystkich błędów, jakie tam popełniłem, dumny z nauczki, którą przyjmuję z pokorą. To wszystko było jednym wielkim eksperymentem. Lubię pisać, taka jest prawda, lubię i już. Nie wiem, czy jestem dobrym pisarzem, czy nie…Kto wie? A w ogóle kto wie, jak zdefiniować dobrego pisarza? Nadal piszę scenariusze, nadal piszę sztuki. Piszę w swojej własnej odmianie stylu, który określa się jako strumień świadomości. Pisząc scenariusz do „Slipstream”, w pierwszej scenie zacząłem od uporczywego impulsu, który przeistoczył się w stan niezrozumiałych, zawiłych wizji sennych… Więc, jak widzisz, ni krztyny logiki. Oczywiście to wszystko ma sens, jeśli jesteś w mojej głowie, ale nie będąc Anthonym Hopkinsem, nie masz najmniejszej szansy, by odgadnąć logikę stojącą za tą sceną. Ten film to ostatni moment z życia człowieka, ostatnie mikrosekundy kotłujących się myśli tuż przed tym, jak samochód potrąca go i zabija. Są to myśli dotyczące tego samego dnia, tego, co robił wcześniej, tego, co miało jakieś znaczenie, i tego, co było go zupełnie pozbawione. Tylko to, tylko ten jeden dzień jest tematem całego filmu. Często się zastanawiam, co to właściwie oznacza, kiedy ktoś wciela się w jakąś postać, jest aktorem. O co w tym chodzi? Wstajesz rano z łóżka, wkładasz czyjeś ubrania, nakładasz make-up, wbiegasz na plan i grasz. Myślę sobie: „Co, do cholery, oni wszyscy wyprawiają, już to gdzieś wcześniej widziałem”, ktokolwiek by to nie był. Na czym polega ta fascynacja aktorstwem? Hopkins jest w swoim żywiole, kiedy opowiada o aktorstwie. Nic dziwnego, robi to przez większość swojego życia (31 grudnia skończy 73 lata), grając niezapomniane role fikcyjnych bohaterów, a także znaczących postaci historycznych, takich jak: Charles Dickens, David Lloyd George, Icchak Rabin, Bruno Hauptmann, Adolf Hitler, William Blight, C.S. Lewis, dr John Harvey Kellogg, Richard Nixon, Pablo Picasso czy John Quincy Adams. Mimo że Anthony uważa, iż „praktycznie wszyscy aktorzy to zepsute dobra” i że „nie ma nic ekscytującego w aktorstwie”, nadal kocha tę robotę.– Uwielbiam jeździć do studia, uwielbiam jeździć na różne plany filmowe, czas spędzony w garderobach, rytuał make-upu, wkładanie kostiumów. Jeżeli ekipa chce, żebym czekał na planie trzy dni, nie złoszczę się. Asystent zawsze podbiega i tłumaczy się: „Bardzo przepraszamy, że musi pan tyle czekać, ale nie jesteśmy w stanie nic zrobić”. A ja odpowiadam: „Dopilnuj tylko, żeby mój agent dostał rachunek, to wszystko”. Czytam książki, relaksuję się, śpię, nie mam się o co wściekać, ja to kocham. Hopkins lubi również dzielić się tym, czego sam się nauczył. Pracował z bezdomnymi w Skid Row w Los Angeles, ucząc aktorstwa jako drogi do samodoskonalenia. Pracował z alkoholikami mającymi problemy z uporządkowaniem własnego życia. Pracował również z ludźmi ze szkół aktorskich, którzy tak samo są przepełnieni wątpliwościami. – Parę dni temu wszyscy krzyczeli i okropnie się zagrywali – opowiada o swoich zajęciach na UCLA. – Więc zaproponowałem im mały kurs odświeżający tego, co już umieją, zanim odlecą w stronę dużego świata. W zajęciach ze studentami na wydziale aktorskim fascynujące jest obserwowanie procesu, podczas którego otwierają się, zupełnie jak ostrygi. Prowadziłem kiedyś zajęcia i zaproponowałem, żeby ktoś zaprezentował krótką etiudę. Wstała pewna dziewczyna, chcąc odegrać przed nami fragment Szekspira, a ja powiedziałem, że wcale nie musi sięgać po Szekspira, a właściwie wolałbym, żeby wybrała coś ze sztuki współczesnej. Przyglądam się ich pracy bardzo uważnie, daję sugestie. Uczę czystości formy. Często wchodzę w scenę, gram z nimi, razem odkrywamy nowe rzeczy. Pomagam im połączyć się z esencją tego, kim są, z tym, czym są wypełnieni po uszy, a jeszcze tego nie rozumieją. „Nie spiesz się, nie graj. Korzystaj z siebie, z mocy w tobie. W tym wszystkim absolutnie nie chodzi o autodestrukcję i nienawiść do siebie samego. Wręcz przeciwnie. A później to tylko kwestia dobrych nawyków”. Parę lat temu spotkałem się z Hopkinsem na lunchu w Santa Monica. Po posiłku udaliśmy się do sklepu Fast Frame (oprawa obrazów) na skrzyżowaniu Wilshire Boulevard i 23 Street. Musiał podpisać wszystkie swoje rysunki, zanim zostały oprawione i wysłane na wystawę w Teksasie. Jego rysunki są małe, ale robią duże wrażenie. Choć Hopkins powiedział, że wcale nie zabierają mu tak dużo czasu. Rysuje na papierze fotograficznym, co daje im ten specyficzny połysk. Powiedział, że ostatnia wystawa została wyprzedana, więc narysował więcej. Ostatnio rozmawiałem z Hopkinsem, kiedy poszliśmy razem zobaczyć Ala Pacino na scenie, w Wadsworth Theatre w Los Angeles, w sztuce „Salome” Oskara Wilde’a. Zauważyłem, że sztuka coraz bardziej nudziła Hopkinsa, ale kiedy Pacino wszedł na scenę jako King Herod (król Herod), podniósł się z fotela i, mając ogromny uśmiech na twarzy, nie odrywał od niego oczu. Podczas oklasków powiedział do mnie:– Czy zauważyłeś różnicę między momentami, kiedy Al był na scenie, a resztą sztuki? On sprawiał, że na tej scenie wszystko działo się naprawdę. Do jego wejścia aktorzy nie byli zbyt dobrzy, ale kiedy Al wchodził, jego geniusz bił w stronę widowni, to można było wyraźnie odczuć. Trzymał wszystkich za kark. Wszyscy inni przy nim zdawali się niepotrzebni. Poszliśmy do garderoby przywitać się z Pacino. Hopkins był tak szczęśliwy z tego spotkania, że rzucił się na Ala i serdecznie się uścisnęli. Potem zaczął skakać jak mała dziewczynka i, nie mogąc powstrzymać entuzjazmu, opowiadał mu o swoich wrażeniach. Po 15 minutach wyszliśmy z teatru.– To był niezwykły wieczór – powiedział ze łzami w oczach. – Niezwykły wieczór.Następnego ranka Hopkins zadzwonił do mnie przed wylotem do Teksasu, gdzie miał wysłuchać koncertu muzyki swojego autorstwa i pojawić się na otwarciu wystawy swoich najnowszych rysunków. – Mam nadzieję, że mój entuzjazm wobec Ala nie był przesadny – powiedział. – Ale naprawdę podoba mi się to, co robi, to był taki wyjątkowy wieczór. Kiedy spędzasz więcej czasu z Anthonym Hopkinsem, zaczynasz rozumieć, co to znaczy być aktorem. Jednego dnia jest pełen zapału, a następnego zastanawia się, jaki to wszystko ma sens. Wie, że może doświadczyć wszystkich skrajnych emocji w ciągu 24 godzin. – Spoglądam przez okno – opowiada refleksyjnym tonem. – Albo patrzę rano w lustro i mówię: „O, to znowu ty”. To wspaniałe. Miałem fantastyczne życie, mam świadomość tego, czym naprawdę było. Dean Jagger, który dostał Oscara za „Twelve O’Clock Hihg”, powiedział do mnie kiedyś: „Tony, czy cieszysz się życiem? Pamiętaj, że kiedy śpisz w pięknym hotelu, na ostatnim piętrze, to nie jest twoje, ty tam tylko nocujesz przez parę dni. Kiedy to zrozumiesz, nie będziesz wszystkiego traktować tak poważnie”. Zawsze o tym pamiętam. Życie płynie swoim rytmem. Ciesz się tym, co masz, i nie bierz niczego na poważnie, bo jutro na twoje miejsce znajdzie się ktoś inny. Jestem na takim etapie mojego życia, kiedy obserwuję młodych aktorów i sposób, w jaki się zachowują, i stwierdzam: „Byłem tam. Robiłem to. A jednak rozglądam się w koło i myślę, że jestem szczęściarzem, że jestem tu tak długo. Nadal tu jestem”.

źródło: www.magazyntrendy.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *